Jan Młodożeniec rozmawia z redakcją /NR 2’88 (179)

Artykuł pochodzi z czasopisma „Projekt” nr 2’88 | 179
Autor: Jerzy Sabara

Wybrane fragmenty:

JAN ZIELECKI: W polskim pejzażu plakatowym jest Pan tak zrośniętą ze sztuką ulicy oczywistością, jak (proszę wybaczyć) najbardziej warszawski neon stolicy – Globus na Brackiej. Dla przeciętnego przechodnia zwłaszcza młodego, był „od zawsze” – podobnie jak pańskie plakaty. Stąd zamysł bardziej intymnego, osobistego przedstawiania człowieka, którego znają miliony z murów i płotów.

JAN MŁODOŻENIEC: Czyli zaczniemy od ankiety personalnej… Urodziłem się 8 listopada 1929 roku w Warszawie. Mieszkałem przed wojną w zabudowaniach Gimnazjum Batorego, gdzie uczył ojciec i gdzie z przerwą na okres wojny dotrwałem do 1948 roku. Po jej wybuchu – tułaczka po różnych częściach Polski, a także tajne komplety czyli los warszawiaka wcale jak na owe czasy nieosobliwy. Od dziecka rysowałem, a klimat domu (matka była malarką) sprzyjał kontaktom ze sztuką. Ojciec przyjaźnił się z Cybisem i Waliszewskim – ten ostatni robił dla mnie w podarku rysunki gdy byłem chłopcem.

J.Z.: Zatem decyzja wyboru studiów artystycznych nie była dla Pana jakimś istotnym przełomem a naturalnym wynikiem dojrzewania w konkretnym otoczeniu.

J.M.: Ja w ogóle unikałbym w stosunku do swojego życia słowa „przełomy”. Myśl, by studiować sztukę przyszła nagle po maturze, bez budowania dalekosiężnych planów życiowych na tej podstawie. Była bardziej wynikiem anarchizującej postawy młodego człowieka, który przeżył wojnę, niż szukaniem uporządkowanego świata a w nim swej przyszłości.
Zaistniał jednak bezpośredni impuls, który pchnął mnie ku wyborowi konkretnego kierunku już w uczelni artystycznej. Były to ówczesne okładki książkowe Henryka Tomaszewskiego, których uroda i odmienność od dotychczasowych wzorców urzekła mnie całkowicie.

W tych warunkach rozpocząłem studia w 1948 roku w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych na ulicy Myśliwieckiej w Warszawie.
J.Z.: Genius loci: … szkoła nie tylko położona była w tej samej dzielnicy ale wręcz kilkaset metrów od Liceum Batorego…

J.M.: W odróżnieniu od Akademii (z którą potem się połączyła) Myśliwiecka miała charakter bardziej zdobniczo-użytkowy, a ja pragnąłem jak najszybciej zostać zawodowo pracującym użytkowym artystą. Tak więc już na II roku studiów rozpocząłem zawodową pracę właśnie nad okładkami. W tym też czasie wrócił z łodzi do Warszawy do mojej uczelni Henryk Tomaszewski. Był to prawdziwie szczęśliwy splot okoliczności, gdyż jego indywidualność jako nauczyciela zaważyła na mojej przyszłej drodze artystycznej. I już w 1952 roku znalazłem się w graficznej pracowni „Czytelnika” wraz z Samuelem Miklaszewskim, Jerzym Jaworskim i Andrzejem Heydrichem. Na tle ówczesnego, niesprzyjającego sztuce czasu, pracownia ta wydawała się enklawą spokoju dzięki ludziom, którzy ją współtworzyli.
Powstałe tam prace – okładki i kilka plakatów… Tomaszewski zaliczył mi jako pracę dyplomową. Tak oto znów bez radykalnego przełomu „dyplomowego” prześlizgnąłem się do dorosłego zawodowego życia.
W „Czytelniku” pracowałem do 1957 roku, kiedy to opuściłem wydawnictwo zdając się na los tzw. zamówień. Wtedy też nabrałem szacunku dla mechanizmu zwanego „zamówieniem” – do dziś wolę zrobić oprawę graficzną pasty do butów niż cokolwiek na konkurs – tak mocno utrwaliła się we mnie natura użytkowca.

Przywiązanie do konkretnego wydawcy zaowocowało jednak powtórnie od 1962 roku stałą współpracą z WAGiem.

J.Z.: A początek pracy nad plakatem?

J.M.: Jest to chyba szczyt intelektualnych możliwości grafika użytkowego. Dlatego tak zostałem przezeń zaanektowany. Mój pierwszy plakat z 1951 roku był obrazem do historycznego filmu „Praga 1948” i w ten sposób wpisano na siłę do twórczości realizmu socjalistycznego. Mówiąc poważnie – wchodziłem do jakby gotowej, uformowanej  już Polskiej Szkoły Plakatu, mogłem korzystać z doświadczeń Tomaszewskiego, Zamecznika, Pałki, a mając takie wzory łatwiej było pracować. NIe istniała wówczas w moim środowisku tak zwana walka pokoleń, programowa negacja dokonań starszych kolegów, przypatrywać się ich pracy – oznaczało formować własne wybory i przyszłe koncepcje.
Ale chcę powtórnie podkreślić, że podnieta pracy „na termin, na zamówienie” sprzyjająca obok sukcesów jakże licznym porażkom, ów rodzaj quasi-konkursu nie dla sali wystawowej lecz prosto dla codziennego życia bodaj najbardziej decydował o obranej drodze… 

J.Z.: Jakie były pańskie fascynacje sztuką światową w tym czasie? Co zapadło w panu z tego okresu najbardziej?

J.M.: To co docierało do nas wówczas było, jak wiadomo, mocno cedzone przez ówczesnych decydentów ale pamiętam zauroczenie Legerem. Pyta pan jednak, co ja sądzę o gotowych wzorcach albo drogowskazach dla ówczesnego młodego artysty, a ja takich nie miałem. Wyznam, że mnie się po prostu wszystko podoba co jest w moim mniemaniu dobre artystycznie, a w szczególności to co jest wartościowe kolorystycznie. Nie należę do tych artystów, którzy jednych kochają a innych nienawidzą. Moje uwielbienie dla sztuki dotyczy Van Gogha, impresjonistów, wszystkiego co nastąpiło potem a sztuka dawniejsza mniej mnie fascynuje. Uznaję ją oczywiście szanuję, ale wyzwala ona we mnie poczucie spaceru po przepięknych cmentarzach – są wprawdzie piękne lecz ja rzadko tam chadzam…

J.Z.: A co z perspektywy pańskiego doświadczenia uważa Pan w plakacie za najważniejsze?

J.M.: Plakat to kolor! Forma jest dla mnie być może niemniej istotna a także treść, ale nie analizuję jej pod kątem oczekiwanej i koniecznej obecnie metafory, nie szukam tak modnej anegdoty za wszelką cenę. Staram się każdorazowo uzyskać coś nowego co wisząc na mieście stanie się ostro widoczne i przemyślane do ostateczności, dzięki czemu będzie odmienne od poprzedniego.

J.Z.: Ale stoi ta deklaracja, przynajmniej pozornie, jak sądzę, w sprzeczności z tym co obserwujemy w pańskiej twórczości. Rodzi ona mianowicie konstatację, dla ilustracji której posłużymy się przykładem Gunther Kieser powiedział, że plakat to mordercza ucieczka przed samym sobą, przed raz stworzoną konwencją, wreszcie przed wpadnięciem we własną koleinę rutyny…

J.M.: Zgoda na to.

J.Z.: Ale Kieser idzie dalej mówiąc, że nawet technikę pracy należy zmieniać, by nie stać się epigonem siebie samego. A pańskie prace są natychmiast rozpoznawalne co do stylistyki a więc i autorstwa; mówiąc otwarcie, to nie tylko plakaty Młodożeńca wiszą na polskiej ulicy, to epatuje nas wprost in statu nascendi „Młodożeniec” – niezmienny i stały w uczuciach artystycznych od lat.

J.M.: Czynię tak celowo. Jest to trochę (jeśli czysto usługowo potraktujemy sztukę plakatu) „harde lokajstwo”, które oznacza mój brak pokory wobec mód lub brak zgody na to by popaść w anonimowość choćby perfekcyjną technicznie. Ja zresztą zawsze byłem znudzony ową doskonałością trafiającą wprost w dziesiątkę jaka nie niesie za sobą piętna indywidualności autora. Znacznie wyżej cenię rzeczy ciekawe w plakacie, które oznaczają dla mnie nowe myślenie. Dlatego podziwiając perfekcyjność plakatu np. szwajcarskiego, a w szczególności niemieckiego wiem, że nie ulegnę naciskom tej szkoły, gdyż jest mi ona obca emocjonalnie. Podobnie nie pasjonuje mnie  plakat fotograficzny ani obecnie komputerowy. Chyba wypada więc przyznać się do skłonności, którą nazwałbym , wzorem socjologów, tendencją do plakatu osobowościowego. W ramach tej postawy ja do dziś wykonuje pismo ręcznie (nie manierystycznie odręczne jak to w modzie, ale wynikające nawet z kroju czcionkowego) stając się niezależnym od różnych unifikujących się pracę retrasetów i wierząc, iż moja litera – to zawsze mocniej zwarta z całą konwencją część kompozycji.

J.Z.: Na koniec pytanie, na które każdy z twórców plakatu – rozmówców „Projektu” powinien odpowiedzieć: Czy będzie plakat w przyszłości potrzebny czy nie jest już anachronizmem?

J.M.: Odpowiedzi udzieliła warszawska ulica zimą 1981 i wiosną 1982 roku – w okresie stanu wojennego. Wyczyszczona z barwnych plam plakatów także tego powodu wyglądała tragicznie smutno. To tak jakby w Paryżu zgasić jednego wieczoru wszystkie reklamy świetlne. Wymaga bowiem plakatu nowoczesne miasto, czy jest on strzępem papieru, czy nową formą swego jestestwa – ruchomym obrazem komputerowo-neonowym. Jest potrzebny, by miasto nie zasypiało snem pełnym freudowskiej obawy… że obudzi się gołe.

Wykorzystane ilustracje:

  1. Ilustarcja 01: Jan Młodożeniec fot. red. „Projekt”
  2. Ilustarcje 02-17: Plakaty autorstwa Jana Młodożeńca
  3. Ilustarcja 18: Okładka czasopisma „Projekt”, z którego pochodzi artykuł autorstwa Jana Młodożeńca

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s